Musisz uaktualnić Flash Player'a Sprawdź jaką posiadasz aktualnie wersję..
Musisz uaktualnić Flash Player'a Sprawdź jaką posiadasz aktualnie wersję..


18 luty godz. 7.29 Bamako

coraz więcej leków w podręcznej apteczce - zaczęły się kłopoty żołądkowe. nie żeby coś poważnego; Wojtek mówi, że to może być z powodu pyłu, którego, chcąc nie chcąc, także się najedliśmy. mimo tego kupuję ogromną, soczystą papaje, pomarańczowe mango i - pyszności! To jedna z ostatnich możliwości żeby najeść się tej pachnącej soczystości, dalej już tylko pustynia. zobaczymy czym się to skończy...
----------------------------------------------------------------------
tyle rzeczy dzieje się w moim świecie, że trudno mi wybrać to, co chciałabym opisać. i już sam ten fakt jest cudem...
----------------------------------------------------------------------
przeszło 1000 km przez pustynie w stronę Mali. temperatura chyba powyżej 40st.C. jedziemy z kierowcą, który w wiosce na tej właśnie trasie ma rodzinę, więc będzie mógł ją odwiedzić. jedzie szybko. coraz szybciej. na drodze co kilkanaście km punkty kontrolne, sprawdzają paszporty, spisują. na kolejnym - żądają od nas pieniędzy za przepuszczenie dalej. wokół pustynia, nie ma właściwie żadnej dyskusji. a jednak nie płacimy :)
odjeżdżamy parę metrów i nagle nasz samochód zupełnie 'niekontrolowanie' zjeżdża z drogi w pustynie; na szczęście nie zdążyliśmy się rozpędzić! okazało się, że to układ kierowniczy, który nasz kierowca naprawił... sznurkiem! tymczasem parę km dalej wjechaliśmy w dość wysokie pasmo górskie. no cóż, mój Anioł Stróż nie ma ze mną łatwego życia :)
zbliża się wieczór. kierowca pędzi coraz szybciej; jesteśmy ogromnie zmęczeni, jak więc on musi być zmęczony. w kolejnej mijanej po drodze wiosce samochód psuje się po raz kolejny. tym razem 'jakiś wal' /?/ z tyłu. oczywiście zbiera się cała część mężczyźniana wioski i rozpoczynają długie debaty. wreszcie przychodzi 2 mechaników z 2 śrubokrętami, młotkiem i bez przerwy gasnącą latarką, rozkręcają cały tylny napęd i w tych ciemnościach przy wspomnianej gasnącej latarce /którą trzeba potrząsać dość intensywnie w celu reanimacji/ naprawiają samochód! w tym czasie nam wskazali rozłożone przy drodze /którą przejeżdżają jakieś pojazdy wzniecając masę pyłu/ materace, na których część tracących zainteresowanie samochodem mężczyzn również się poukładała. również - bo my skorzystaliśmy z zaproszenia. zapadł zmierzch. pozapalały się lampy naftowe. przestaliśmy być atrakcją, staliśmy się elementem krajobrazu, ludzie wrócili do swoich spraw. leżałam w tym afrykańskim mroku i naprawdę czułam się jego częścią - oczy zamknęły się, usnęłam... ok 3.00 przyjechaliśmy do wioski naszego kierowcy, dostaliśmy apartament do spania /duże, puste pomieszczenie wyłożone dywanami/. Jeszcze małe mycie pod niskim kranem na podwórku i - spać!
----------------------------------------------------------------------
następny dzień, następna droga przez pustynie, a później przez sawannę w stronę granicy z Mali. wszystko co żywe, schowane w cieniu. jedziemy polną droga pełną dziur i piasku. trzęsie niemiłosiernie. wkrótce okazuje się, że nasz kierowca nie zna drogi - pyta o nią w 3 'wioskach' /2 lub 3 namioty Nomadów/, oraz spotkanego po drodze pasterza kóz. kolejna napotkana wioska wygląda jakoś inaczej, jest ładniejsza, jakoś uporządkowana, jakoś 'osiadła'. spotkani ludzie informują nas, że jesteśmy w Mali! tak więc przekroczyliśmy... zielona granice! w najbliższym miasteczku, z dużym niepokojem, najpierw wizyta w miejscowej żandarmerii żeby uzyskać stempel wjazdowy, ale mamy szczęście - okazują się sympatyczni i nie 'wyciągają konsekwencji'.
----------------------------------------------------------------------
kolejna droga. autobus miejscowy, bez szyb. znów kurz, dziury, trzęsienie. siedzę przy oknie upchnięta tak, że metalowy pręt przy każdym zarzuceniu autobusu uderza mnie boleśnie w ramie. podsypiam, znużona upałem i nie od razu orientuje się w 'zwiększeniu komfortu' - siedzący za mną Murzyn dostrzegł moje obijane ramie i po prostu podłożył rękę pod pręt, co amortyzowało uderzenia. nic ode mnie nie chciał, nawet się do mnie nie odezwał. cichy, ciepły odruch troski o kogoś obok.
---------------------------------------------------------------------
Afryka. niekończąca się fascynacja. czas który płynie swoim rytmem, nieprzekładalnym na zegarek. magia zachodów słońca. zapachu kurzu. jazdy na dachu samochodu. nie ma we mnie pośpiechu - nie ma spraw, do których muszę się spieszyć. nie ma pośpiechu, bo jestem w tej magii - jestem jadąc i jestem usypiając na przydrożnym materacu w pyle drogi. nie ma rutyny, schematu, bo też wszystko nowe, niepowtarzalne. w tych kilometrach przejechanych dróg, mijanych ludziach, w tej jeździe bez pamięci i bez sensu samochodem w którym życie - na sznurek, w myciu przy studni na pustyni - odnajduje siebie. potrzebowałam tego. to podróż w Afrykę i podróż w siebie. biorę co mi daje. biorę zachłannie, pełnymi garściami. musi mi wystarczyć na długo. słowa, którymi To nazwę, przyjdą później. a jeśli nie przyjdą, to znaczy że nie powinny zabrzmieć...
...ale jestem


@ 2008 Teresa Dulemba Wszystkie prawa zastrzeżone

statystyka