15 marzec 2005r. godz.18.58 Czad
najpierw sprostowanie - ci, którzy liczą, pewnie wyłapali już błąd: ciężarówka - to czas od 14.00 jednego dnia do 21.00 następnego dnia, a to daje 31,5 godz. a nie 17,5 jak napisałam. kochani - 31,5 godziny!!!
----------------------------------------------------------------------
od wczoraj wieczorem jestem w Ndjamena czyli w Chadzie. jechaliśmy tu 3 dni, ale to cała opowieść. tymczasem - wracam do zaległości :)
----------------------------------------------------------------------
Agadez - miasto z bajki. z opowiadań przy kominku; miasto, w którego nazwie słychać dzwoneczki poganiaczy, porykiwanie osiołków, stukot kopyt
wielbłądów. miasto jak Timbuktu - dla mnie, która nie widziała Timbuktu...
Agadez. targ wielbłądów i kóz. jest poranek, słońce, duży plac pełen kurzu, wzniecanego przez przyprowadzane, wyprowadzane, przeprowadzane zwierzęta. wielbłądy dostojne; osły smutne; kozy niespokojne. Tuaregowie piękni! poklepują kozy, zaglądają w zęby wielbłądom, oglądają ich kopyta, potem siadają na ziemi, żywo gestykulując. chodzę między nimi i czuję się, jakbym przeżyła teleportacje o kilkadziesiąt lat wstecz. biały to rzadki gość tutaj, wszyscy są uprzejmi, pozdrawiają mnie, uśmiechają się, robią mi miejsce kiedy przechodzę. przystaje przy malutkich kózkach, przyglądam im się ze smutkiem - związane tylnymi nogami do siebie wzajemnie są bardzo niespokojne, beczą płaczliwie, usiłując wyrwać się z tej wspólnoty. odchodzę, ale za chwile podbiega do mnie młody Tuareg z mała kózką na rękach - tylko po to, żebym mogła ją dotknąć, pogłaskać! po drodze spotykam Wojtka, który filmuje duże stado wielbłądów właśnie wprowadzane na targ. idziemy
dalej razem. nagle któryś z Tuaregow ciągnie Wojtka za rękaw
- ile wielbłądów chcesz za nią? - pyta.
Wojtek uśmiecha się
- no. she is my friend - odpowiada. a widząc wahanie w jego oczach dodaje
- my best friend.
Tuareg kładzie rękę na ogromnym, białym wielbłądzie
- he is my best friend too - mówi bez cienia uśmiechu.
podchodzę do wielbłąda, dotykam jego miękkich nozdrzy. ma piękne, wyjątkowo jasne, zielone oczy.
- witaj Best Friend - mówię cichutko do tych oczu i uśmiecham się konspiracyjnie. a wielbłąd - przysięgam!- odpowiada mi takim samym
konspiracyjnym uśmiechem wielbłądzich warg...
...jestem.
----------------------------------------------------------------------
poczta w Agadez. południe. spieszymy do hotelu, bo tylko to daje możliwość przetrwania spiekoty. przy okienku dziewczyna, na ławce siedzi chłopak. biali. biały to wyjątkowo rzadki widok tutaj, jesteśmy więc zaskoczeni. "moi" idą do okienka w swoich sprawach, ja opadam na ławkę obok chłopaka.
- where are you from? - pyta.
moja grzeczna odpowiedź:
- from Pland. and you?
- I'm from Poland too! - cieszy się chłopak
- yes, we come from Poland - potwierdza, widząc moje zaskoczenie- where are
you going? - pyta dalej.
- tomorrow in the morning we wont to go to disert Tenere. and you - pytam,
pamiętając że jest nas o jedną osobę mniej i mając nadzieję że może zechcą
do nas dołączyć.
- we wont to go to Mali by track- zwierza się rodak.
- o God! - wzdycham ze współczuciem, wciąż pamiętając naszą Ciężarówkę, co na
tej twardej, kamiennej ławce nie jest trudne.
nagle chłopak odwraca się i przez cały pusty holl poczty krzyczy do
dziewczyny stojącej przy okienku
- Kinga! oni są z Polski!
patrzymy na siebie przez chwilę z chłopakiem i wybuchamy głośnym śmiechem!
----------------------------------------------------------------------
pustynia Tenere. the desert of deserts - pustynia pustyń. miejsce, gdzie piaski Sahary spotykają się z górami Air, w dużej części zbudowanymi z białego marmuru. pomarańczowe, wysokie do 40 metrów diuny, czarne granitowe skały, biały marmur. pustynia Tenere. swoim absolutem sprawia, że wreszcie układa się mój świat. i jest we mnie wielka cisza. jest spokój i ciekawość kruka, który przez dwa dni
nieprzerwanie towarzyszy mi w mojej drodze przez piaski.
pustynia Tenere. tysiące obrazów. jak klejnot. jak coś absolutnie bezcennego. przez całe moje życie jechałam właśnie tutaj! wszystkie drogi
prowadziły do tego miejsca. od wielu godzin siedzę na ostrej krawędzi wysokiej diuny w dolinie zwanej Czeriet. słońce już zaszło. półmrok powoli zamyka trwającą na dole przestrzeń. czarny kruk siedzi obok, prawie na wyciągnięcie ręki. cichy, skupiony na moim bezruchu.
i wiem - urodziłam się po to, żeby znaleźć właśnie to miejsce, żeby wreszcie tu trafić. żeby pustynia Tenere mogła mnie dotknąć. nazwać jak
swoją. chłód nocy sprowadzi mnie na dół, do rozłożonego pod wielką, jedyną akacją śpiwora. nie będę tęsknić. przecież nigdy już stąd nie odjadę. nie opuszczę tego miejsca. w tę bezkresną przestrzeń zawsze już będę mogła się schować. uciec przed tym co małe, co kaleczy. czy mnie słyszycie? jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - znalazłam swoje miejsce na ziemi!
pustynia Tenere.
(...) rano, kiedy wszyscy jeszcze spali, wróciłam na swoją wysoką diunę. na żółtym piasku ostrego zbocza duży napis: TERESA; napis nienaruszony, nawet ziarnko pasku nie przesunięte! ja to napisałam?...
(...) piątego dnia przed świtem otworzyłam oczy. na piasku, przed moim materacem siedział kruk. przez chwilę patrzył bez ruchu, potem wzbił się, okrążył mnie kilkakrotnie i bezszelestnie wrócił w swój świat, pozwalając mi odjechać. tylko na chwile przecież. nie będę tęsknić....
pustynia Tenere.
----------------------------------------------------------------------
noc. temperatura ok. 35st.C. nie mogę spać. próbuję znaleźć kawałek chłodnego prześcieradła, ale łóżko jest mokre od potu. niestety, moskity są na tyle dokuczliwe, że trzeba ściągnąć moskitierę, co znów ogranicza dostęp powietrza. Nanie udało się zasnąć, co wyraźnie słychać (Nana chrapie jak cały pułk! tylko dzięki zatyczkom do uszu, kupionym w Ceucie, możliwe jest nasze nocne "współżycie"). wstaję, podnoszę moskitiere, ale wtedy roje komarów znów rozpraszają niepewny sen. gorąco! to co wypijam, natychmiast wyparowuje ze mnie. nerki już od dawna przestały pracować - nadmiar /?/ wody wydalamy wyłącznie przez skóre! wstaję, wchodzę pod prysznic. chłodna woda daje
ukojenie tylko na chwile. nawet się nie wycieram, wyciskam tylko wodę z włosów i po raz kolejny próbuje zasnąć...
----------------------------------------------------------------------
nocny autobus. jedziemy przez sawanne, później przez pustynie, znów sawanne. wszyscy śpią. ja także powinnam, ale ciągle jak dziecko - z nosem przy szybie. oglądam się do tyłu - przede mną i za mną - cały śpiący autobus. obok - śpiący Ludwik. nie budzą się nawet na chwile postoju przed kolejnym posterunkiem żandarmerii. nagle z ciemności pustyni wyjeżdża na wielbłądzie Tuareg- taki najprawdziwszy z prawdziwych- biała galabija, czarny zawój ukrywający cała twarz, tylko oczy pobłyskują jak zwykle niepokojąco nieustępliwie. przez plecy przewieszony drewniany miecz, na szyi tradycyjne kolorowe ozdoby. podjeżdża na wielbłądzie pod okno autobusu. jego twarz jest na wysokości mojej. długą chwile patrzymy na siebie z taką samą fascynacją, wreszcie Tuareg wyciąga dwa palce, kładzie na sercu i przykłada do szyby
na wprost mojej twarzy. jak zahipnotyzowana podnoszę dwa palce, kładę na sercu i dotykam ręki Tuarega po drugiej stronie szyby. po delikatnym
zmrużeniu jego oczu domyślam się uśmiechu. a później okrąża autobus i odjeżdża w mrok pustyni...
(...) rano mam wątpliwości - to zdarzyło się naprawdę?... spałam?...
przywitania... pożegnania....
----------------------------------------------------------------------
jestem