27 luty 2009r.- Goa
dzis swiat obudzil sie dla mnie na Goa. siedze w samej koszulce /tylko na kostach nog srebrne bransoletki z mnostwem malutkich dzwoneczkow, tak ladnie pobrzekujacych przy kazdym ruchu/ z blaszanym kubkiem kawy przy stoliku na plazy - pustej.
plaza jest moja i - zwierzat. poranny chlod daje energie, psy /w tym zolty, bez lewej tylnej lapy; swietnie sobie radzi!/ biegaja, kopia dolki w piasku, ganiaja siebie i wielkie, czarne ptaki /kruki? gawrony? jeszcze cos innego?/. wyglada na to, ze ptaki przejmuja te zabawe, siadaja na piasku tuz przed nosamu lezacych psow, zmuszajac je do wstania, przez moment uciekaja nieporadnie po piasku po to, zeby wzbic sie w powietrze tuz przed niebezpiecznym klapnieciem psiej paszczy. jeden z nich, czarny, podobny do dobermana, przyszedl do mnie i po radosnym powitaniu, uwalil sie na miekkim krzesle obok i z tej pozycji popatruje z gory na pozostale psy.
swit wstaje rozowy.
z tej strony swiata moge podziwiac zachody slonca /wczoraj wieczorem wdrapalam sie na wysokie skaly z lewej strony plazy i stamtad ogladalam ten spektakl/. wschod poznaje po zmieniajacym sie kolorze wody i po rozowo-zlotej poswiacie na oddalonej o pare kilometrow od brzegu wyspie.
pieknie.
jeszcze cicho, spokojnie, jeszcze tylko w towarzystwie Luckie'go /czarny/.
nie ma wiatru, palmy trwaja pochylone nad plaza bez ruchu.
swiat sie obudzil.
dzis ostatni dzien na Goa. jutro rano jedziemy dalej.
/ciekawe czy jeszcze zyje zezowaty szczeniak, z ktorym 9 lat, w taki sam poranek, bawilam sie na tej samej plazy. spogladam w oczy wszystkich zoltych psow, ale zadne nie maja zeza.../.