20 luty 2008r. środa godz.10.27 - Lilongwe
kolejny nocny autobus, tym razem z Lusaki /stolica Zambii/ do Lilongwe
/stolica Malawi/. stoimy smętnie w pełnym słońcu /12.00/ i czekamy na
odjazd żegnając się z Aśką, która odlatuje do Dar es Salaam kończąc
swoją podróż po Afryce. ruszamy, machamy, jedziemy.
po kilku kilometrach koniec autobusu ożywa - siedzący z tylu Murzyni
zaczynają śpiewać. śpiewać tak pięknie, że wyciągam kamerę i kiedy
zgadzają się, filmuje. śpiew się nasila, dołączają
się grzechotki, jakieś dziwne instrumenty. siadam, ale zostawili we mnie
tyle rytmu i muzyki, że choć częścią chcę się podzielić. cofam taśmę i idę
na koniec autobusu. wielokrotnie potem cofam nagranie, bo oddałam im tyle
radości! przyjaźnie, rozmowy /są zespołem ze szkółki katolickiej,
prowadzonej przez pastora, który natychmiast zaprosił nas do siebie do
domu. mieszka tuż przed granicą z Malawi - szkoda, bo gdyby już po drugiej
stronie, to pewnie przyjelibyśmy zaproszenie/, wymiana adresów z Ruth.
wracam na miejsce, ale cały koniec autobusu wielokrotnie powtarza moje
imię.
już nie jestem Muzungu /niesympatyczne określenie w style białas/,
jestem
Teresa :)
z leniwego podsypiania obudził mnie brak ruchu powietrza w nagrzanym
autobusie - ciemno już, bus stał a moi przyjaciele wypakowywali bagaże.
wyszłam w poszukiwaniu "toalety" /za drzewem/, ale goniło mnie
nawoływanie - Teresa! wołało kilka wtopionych w ciemność twarzy. Ruth podeszła,
pobłogosławiła mnie /tak!/, pożyczyła good luck, wreszcie mocno
uścisnęła, a za nią pozostali.
...przywitania...pożegnania...
------------------------------------------------------------------------
z kolejnego podsypiania obudził mnie kolejny brak ruchu powietrza -
granica.
i tu niespodzianki - po stronie Zambii przetrzymał nas celnik twierdząc,
że mamy wbitą z Tanzanii wize tranzytową i musimy wracać właśnie do
Tanzanii, nie wolno nam wjechać do Malawi. trzymał nas na tyle długo, że poziom
adrenaliny podniósł się znacznie. ewidentnie czekał na pieniądze, bo
też staliśmy na końcu kolejki i nie było świadków. na szczęście
"pertraktacje" udały się. niespodziewanie w środku kolejnego tłumaczenia że
przecież przejechaliśmy już tyle granic i nigdzie nie było takich problemów,
rozległ się dźwięk przybijanej pieczątki. szczęśliwi wyszliśmy na "ziemię
niczyją", otoczeni przez tłum młodych handlarzy waluta, przekrzykujących się
wzajemnie w propozycjach wymiany pieniędzy.
i - granica Malawi. a tu kolejna niespodzianka - kolejny celnik przejrzał nasze paszporty i spokojnie
stwierdził, że nie mamy wizy do Malawi i musimy wracać do Lusaki. noc,
absolutna pustka hotelowa /ba, żadnych domów!/ i perspektywa nocy
wśród dość agresywnych "cinkciarzy" ze wszystkimi bagażami, za to bez konkretnych
perspektyw co dalej! tym razem pertraktacje były naprawdę trudne, bo
celnik absolutnie "bezpłciowo" powtarzał w kółko tę samą formułkę -
musicie wrócić do Lusaki po wize. pokazywaliśmy przewodnik Lonley Planet /z tego
roku!/, mówiliśmy o informacjach z Internetu i od spotkanych po drodze ludzi,
którzy potwierdzali że do Malawi nie potrzeba wizy - na próżno. przetrzymał
nas tak koło godziny! naszykowaliśmy już moje 20 dolarów na "łapówkę", ale
on nawet nie ułatwiał jej wręczenia, siedział przed budynkiem, cały czas
wpisując coś w swój telefon komórkowy; nie bardzo wiedzieliśmy czy on dopytuje o nas
i nasz "los", czy po prostu pisze sms-y. wreszcie, kiedy już mieliśmy
chwile zwątpienia /kazał nawet wyjąć nasze bagaże z autobusu/, zawołał nas
do środka i powiedział że da nam "przepustkę" ale w Lilonwe musimy
zgłosić się po wize do Emigration Office.
dźwięk przybijanej pieczątki był pięknym dźwiękiem!
------------------------------------------------------------------------
kolejny postój, który mnie obudził był już w Lilonwe. i znów
zaskoczenie - stolica jak wioski mijane po drodze, zabudowa niskich domów wokół
piaszczystej drogi, ciemno, cicho.
cicho tylko przez chwile, bo zaraz pojawił się jakiś załadowany
wrzeszczącymi Murzynami truck; przystanęli niedaleko, rozpalili
ognisko, zaczęli palić butelki, poszturchiwać się, krzyczeć. rozpytywaliśmy
naszych współpasażerów o jakiś GuestHouse, ale ci powiedzieli, że mamy się
nie ruszać stąd i czekać na świt /godz.4.00/. grzecznie więc stanęliśmy
wokół skupionych przy autobusie pasażerów, patrząc jak stolica Malawi budzi
się do życia.
pierwsze były ptaki. później leżący na betonie biały worek drgnął, wyszedł
z niego Murzyn, zdjął brudną bluzę, z torebki pod głową wyjął czystą
koszulę, założył ją, zdjął brudne spodnie pod którymi miał
eleganckie spodnie od garnituru i wprawa z jaką zawinął worek, pakując do niego
zdjęte brudne rzeczy /po czym zapakował to wszystko do plastikowej
reklamówki/, przekonała mnie że to nie przypadek Losu, ale jego codzienność.
i poszedł w swój dzień, który wstał także dla nas.
tymczasem okazało się, że czas ten przestaliśmy obok GuestHouse, w
którym wynajęliśmy pokój - brudny, ciemny, bez działającej wtyczki, ale za
to z czystą pościelą, ciepłą wodą i bardzo uczynnym gospodarzem, który
zgodził się przyjąć nas bez płacenia z góry /ciągle nie mamy wymienionych
pieniędzy/ i nawet "na kredyt" dał mi kawę z mlekiem /raczej mleko z kawą, bo bez
wody/.
no to siedzę na tarasie tegoż hotelu, obok Murzyni sprzątają, za chwile
dostanę kawę, wykąpie się. Artur położył się i pewnie śpi a ja -
jestem w Afryce!
świat się obudził, muzyka głośno gra. jestem brudna, zmęczona i -
jest mi naprawdę dobrze
------------------------------------------------------------------------
czy To chce mi powiedzieć Afryka?....
czy To chce pokazać?.....
czy decyduje za mój brak odwagi?....
Włodek zrezygnował po tygodniu, bo trudy /?/ Afryki przerosły go.
Aśka, pożegnana wczoraj, wraca po planowanych 5 tygodniach do Polski.
Artur, który miał zostać na 8 tygodni, wyjeżdża po 6 tygodniach.
więc przez około 2 tygodnie będę wędrować przez Afrykę sama....