5 luty godz. 13.14 Sahara Zachodnia
no więc jestem wreszcie w Afryce takiej, jakiej szukałam, za jaką tęskniłam,
której przeczucie przychodziło w snach... dziś rano przyjechaliśmy do
Layoune w Saharze Zachodniej, nieistniejącej na mapie, bo pod zaborem
marokańskim /efektem tego są punkty kontroli policyjnej co kilkanaście km na
jedynej przejezdnej drodze, łączącej północ i południe Maroko, którą to drogą
przyjechaliśmy tutaj z Agadiru i którą jutro rano pojedziemy do Dakhli/.
Layoune było kiedyś stolicą Sahary Zachodniej - to duże miasto, zbudowane już
właściwie na pustyni, która wdziera się tutaj z każdym porywem wiatru.
miasto w kolorze ochry z niewielka ilością zieleni, a jeśli już, to
przysypane kurzem palmy. miasto zakwefionych Arabek w kolorowych strojach,
targanych przez wiatr. miasto pięknych, smukłych mężczyzn w białych
galabijach i czarnych turbanach, spod których widać tylko ciemne, dziwnie
niepokojąco nieustępliwe oczy... w słońcu jest bardzo gorąco, ale kiedy
zachodzi, wiatr staje się przenikliwy i chłodny.
spotkany przewodnik, jedyny
zresztą w tym mieście a zagadnięty przez nas przypadkiem, powiedział że jego
102 -letni ojciec nie pamięta tak niskich temperatur zimą /tak, tutaj
przecież także zima/. swoim samochodem zawiózł nas za miasto przez pustynie
do... oazy. tak! - Sahara, słońce, palmy, oaza... zostawiłam ich wszystkich i
poszłam w pustynie, szukając kamieni i oczywiście zebrałam ich bardzo wiele,
bo też bardzo wiele jest bardzo pięknych. są to także pewnie i jakieś
kamienie półszlachetne /?/. z ogromnym żalem przyjdzie mi zostawić je na
stoliku w taniutkim hoteliku Asahal.
jutro o świcie jedziemy do Dakhli. nie wiem jak i kiedy, ale obiecuje że się
odezwę.
a tymczasem - pod prysznic i spać.